Moje wspomnienia o ojcu Franciszku

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  

Tata Franciszek Siek  urodził się 14 października 1911 r. w Sieciechowie. Przyszedł na świat w wielodzietnej rodzinie, w której było czternaścioro dzieci. Były to troiste dzieci. Ojciec taty Tomasz Siek owdowiał i z pierwszą żoną miał pięcioro dzieci, córki Marię, Juliannę, synów Bronisława, Stanisława i Juliana. Matka Marianna Siek z pierwszego małżeństwa Półka, miała z pierwszym mężem sześcioro dzieci, trzy córki Marię, Julię i Helę oraz trzech synów Stanisława, Józka i Olka. Małżonkom Mariannie i Tomaszowi urodziła się córka Janina i dwóch synów Franciszek i Piotr. Tomasz Siek osierocił ich gdy Franek miał dziewięć lat. Wychowaniem zajęła się matka kobieta bardzo energiczna, oczytana, która potrafiła załatwić każdą sprawę w każdym urzędzie. Mój ojciec chodził do szkoły podstawowej w Sieciechowie.Klub - stara szkołaDawny budynek szkoły postawiony 1909 roku ( zdj. z lat 70 XX w.)

Jako jedyna siedmioklasowa szkoła w gminie Sieciechów prowadziła naukę na bardzo wysokim poziomie. W domu się nie przelewało, wiele razy Ojciec, by nie być w szkole głodny, brał w kieszeń parowany bób. W zimie z braku butów często nie mógł iść do szkoły. Matka pilnowała, aby nie miał zaległości. Ukończył siedmioklasową szkołę w 1926 r. Dalszą edukacją Ojca zajął się brat Julian, który był maszynistą na kolei. Mieszkał w Otwocku, Tatę posłał do zasadniczej szkoły zawodowej w Warszawie. Na początku drugiej klasy zmarł brat Julian i skończyła się dla Taty edukacja w Warszawie. Wrócił do Sieciechowa. Matce, chociaż było ciężko, posłała go do szkoły do Radomia. Muszę nadmienić, iż nauczanie wtedy było odpłatne. W połowie roku szkolnego skończyła się edukacja, matki nie stać było opłacać czesnego. Edukacja została zakończona. Trzeba było szukać pracy by siebie jakoś utrzymać, pomóc matce, a było jeszcze młodsze rodzeństwo, Janka i Piotrek. , Starsi bracia brali ojca  do pracy przy budowie dróg, przyuczali go do brukarstwa.

skan brukarze.jpg 2

Powołany został do wojska 31.12.1932 r. pełnił służbę do 17.09.1934 r. Służyłw Legionowie w 2 batalionie mostów kolejowych, w 4 kompani saperów budowy mostów jako saper obsługujący kafar. W trakcie służby uczestniczył w defiladzie wojskowej na Polach Mokotowskich w Warszawie. Defilował przed Marszałkiem Józefem Piłsudskim. Służbę zakończył w stopniu starszego szeregowego. Podczas służby wojskowej zmarła matka.
Po wyjściu z wojska zaopiekował się nim brat Aleksander Półka, który mieszkał w Radomiu. Był brukarzem w miejskim przedsiębiorstwie komunalnym. Dwukrotnie wojsko powoływało Tatę na ćwiczenia. Pierwszy raz 5.11.37 r. na 4 tygodniowe ćwiczenia rezerwy, drugi raz 6 tygodniowe ćwiczenia rezerwy 2 batalionu mostów kolejowych.
W przeciągu trzech lat pracując, Tata zarobił na materiał by zbudować własny dwuizbowy dom drewniany. Na budowę domu pożyczył mu resztę pieniędzy brat matki Wincenty Deska.
Po rodzicach odziedziczył morgę ziemi i plac, na którym zbudował dom.

Franciszek Siek z córką Teresą na progu swojego domu

Franciszek Siek z córką Teresą na progu swojego domu

Marianna Siek z domu Pachucy

Marianna Siek z domu Pachucy

W dniu 31 stycznia 1937 r. tata

Siek Franciszek

Franciszek Siek

ożenił się z Marianną Pachucą, która dostała w posagu dwie morgi ziemi. Mama w chwili ślubu miała 17 lat. W 1938 r. urodził im się syn, który zmarł po kilku tygodniach. Dorabiali się wszystkiego pracując bardzo ciężko. Byli młodzi, bardzo się kochali. Nie wierzyli, iż może wybuchnąć wojna. Tata dostał kartę mobilizacyjną do domu jak wielu sieciechowian. Miał stawić się w Legionowie, 1.09.1939 r. Mama odprowadziła go do Zajezierza na stację kolejową, pożegnanie było czułe i bardzo rzewne.
Do jednostki dotarł szczęśliwie, po umundurowaniu, uzbrojeniu oddział w sile około 300 żołnierzy wycofywał się na wschód w kierunku wschodnim.  W Siedlcach pierwszy raz przeżyli niemieckie bombardowanie.  W okolicy Bugu zostali zaatakowani przez silne bojówki Ukraińców. Całe szczęście, że szli w ubezpieczeniu, obeszło się bez dużych strat. Dowódca rozwinął oddział do ataku, okrążono bandę, dużej grupie udało się uciec około 30-tu schwytano. Na podstawie prawa wojennego sąd skazał ich za dywersję na karę śmierci, wyrok wykonano na miejscu. Tuż za Bugiem napotkali pierwsze oddziały sowieckie, które zaatakowały Polskę 17 września 1939 r. Dowódcy byli zaskoczeni pojawieniem się wojsk sowieckich w tej okolicy. Spotkanie nastąpiło rankiem. Sowieci zażądali złożenia broni. Dowódca nie wyraził zgody na rozbrojenie, poprosił o rozmowy z wyższym oficerem sowieckim, celem rozpoznania sił przeciwnika. Dowódca został zabrany samochodem celem prowadzenia rozmów. Oddział zajął stanowiska bojowe czekając na powrót swego dowódcy. Napotkana sowiecka czołówka wyglądała mizernie, karabiny mieli na sznurkach, liche umundurowanie. Po paru godzinach powrócił dowódca. Na zbiórce oddziału oświadczył, iż opór nie ma sensu, sowietów jest mnogo, broń złożono, część zniszczono. Sowieci nie wzięli nikogo z nich do niewoli kazali wracać do domów.

Wieczorem napotkali zwiad konny, który poinformował ich o silnym zgrupowaniu żołnierzy podążającym z pomocą walczącej Warszawie. Podążyli w kierunku marszu tego zgrupowania i dołączyli do niego. Jak się okazało weszli w skład Samodzielnej Grupy Operacyjnej Polesie dowodzonej przez Generała Franciszka Kleeberga Grupa szła aż z okolic Kobrynia, prowadząc ciągłe utarczki z sowietami. Po drodze do grupy dołączały różne grupy żołnierzy, grupa rosła w siłę. W okolicy Włodawy nastąpiła reorganizacja grupy w składzie, której znajdowało się około 16000 żołnierzy. SGO Polesie składała się z kawalerii, artylerii i piechoty. Po otrzymaniu wiadomości o kapitulacji Warszawy wieczorem 28 września, Generał Franciszek Kleeberg postanawia dotrzeć do centralnej składnicy uzbrojenia znajdującej się w Stawach pod Dęblinem. Celem uzupełnienia amunicji i broni, a potem marszu w kierunku południowym na przedmoście rumuńskie. W okolicy Kocka drogę ku Stawom zagradza niemiecka 13 Zmotoryzowana Dywizja, której jeden z plutonów 26 września w drodze na wschód biwakowała w Sieciechowie.

 

3dd5561a46e282fa

Niemcy na rynku sieciechowskim.

 

Pierwsze walki z Niemcami zaczęły się 2 października pod Syrokomlą. Ojciec był w oddziale inżynieryjnej, budowali przeprawy przez rzeczki, a także umocnienia dla piechoty. Walki trwały do 5 października do późnych godzin nocnych. Najcięższe walki trwały w okolicy Syrokomla, Woli Gułowskiej, Selenowa, Lipin.

Tata pod Wolą Gułowską był świadkiem wspaniałej postawy naszej piechoty.
Z niewielkiego wzniesienia obserwował natarcie niemieckiej piechoty, wsparte pojazdami pancernymi i czołgami. Piechota zaległa w transzejach, piechota niemiecka parła za czołgami artyleria polska otworzyła ogień. Nasze działka przeciw pancerne uszkodziły kilka wrogich maszyn. Reszta parła do przodu rozjeżdżając nasze okopy. Piechota niemiecka została odcięta od czołgów przez zaporowy ogień naszej artylerii. Wydawało się, iż w rozjechanych okopach nikt nie przeżył, lecz gdy czołgi opuściły pas transzej, jak spod ziemi wyrośli nasi piechurzy. Z granatami przeciwczołgowymi i z butelkami z benzyną w rękach, obrzucili nimi niemieckie pojazdy, które natychmiast stanęły w płomieniach. Atak niemiecki się załamał, nasza piechota ruszyła do kontrataku. Bój pod Kockiem wykazał niesamowite męstwo żołnierza polskiego,a także talent dowódcy, który zatrzymał atak 13 Dywizji Zmotoryzowanej, a poprzez próbę okrążenia zmusił ją do wycofania. Na skutek wyczerpania się amunicji, jak również nadciągania świeżych sił niemieckich 29 Dywizji Piechoty Zmotoryzowanej z kierunku Żelechowa, Generał Franciszek Kleeberg podejmuje decyzję o zaprzestaniu walki. Wydaje swój ostatni rozkaz 5 października 1939 r. o godzinie 19,30. Rozkaz ten został odczytany nazajutrz z rana przed frontem wszystkich oddziałów. W nocy parlamentariusze uzgodnili warunki kapitulacji, broń zaczęto składać od godziny 10 w dniu 6 listopada. Wszyscy mieli iść do niemieckiej niewoli.

W związku z uszkodzeniem mostów na Wiśle ustawiono żołnierzy w kolumny i pędzono do przejściowych obozów na drugim brzegu rzeki. Marsz był koszmarny całe szczęście dla Taty tylko do Zajezierza około 50 km. Marsz trwał o głodzie i chłodzie wartownicy nie pozwalali na oddalanie się od kolumny nawet do napicia się wody, strzelali do wychodzących z kolumny. Tata widział takie sceny. Po takich incydentach żołnierze zastosowali inną taktykę. Gdy przechodzili przez wieś na rozkaz schodziła z drogi cała kolumna. Tak byli spragnieni, że brakowało wody w studniach. Tata miał szczęście został w przejściowym obozie w Zajezierzu. Obóz Niemcy założyli na terenie koszar 28 PAL.

Za: www.zajezierze.fora.pl

Był to teren ujeżdżalni koni pod gołym niebem, graniczył z drogą Zajezierze – Dęblin. Teren ten otoczyli drutem kolczastym, był pilnowany przez niemieckich żołnierzy. Do obozu dotarli 8 listopada, trudno określić ile czasu tam przebywał, może dwa może trzy dni. Był tak blisko domu tylko 5 km. Bał się uciekać widział, co Niemcy robili z tymi, którzy oddalali się z kolumny. Któregoś dnia na drodze pojawił się chłopiec na rowerze, jeździł on wzdłuż ogrodzenia obozu. Tata krzycząc przywołał go bliżej i zapytał czy by nie zawiózł krótkiego listu do Sieciechowa do żony. Chłopiec wyraził zgodę, tata w krótkich słowach skreślonych do żony informował gdzie jest i prosił o jak najszybsze przybycie by się pożegnać gdyż mają ich wywieźć do Niemiec. Wręczając chłopcu kartkę prosił, aby nie szukał adresatki listu, tylko oddał pierwszemu napotkanemu człowiekowi w Sieciechowie. Zapytał jak się nazywa. Ten bohaterski chłopiec nazywał się Niedzielski Władysław z Zajezierza. Władzio natychmiast udał się w drogę. Pierwszym napotkanym okazał się Grudzień Marian mieszkaniec Sieciechowa. Grudzień natychmiast udał się do naszego domu. Mamy w domu nie było, była w polu, kopała ziemniaki ze swą matką, tam je odnalazł. Gdy mama przeczytała tę krótką informację, radość jej była nie do opisania. Mama już kilkanaście dni temu opłakała swego męża. Oto żołnierze sieciechowscy powracający z wojny przynieśli tę straszną wiadomość. Siek Franek nie żyje widziano jego mogiłę na niej krzyż z takim to nazwiskiem i imieniem. Mama z początku miała jeszcze nadzieję, bo jeszcze nie wszyscy powrócili z wojny. Ale gdy Warszawa padła i wrócili ostatni obrońcy Ojczyzny, tylko dwóch nie powróciło. Dwóch Sieków, Franciszek i Stanisław nadzieja na powrót męża upadła.
A tu taka radość. Czym prędzej pobiegła do domu wzięła bieliznę i żywność, pożyczyła rower od Podsiadłoskiego i udała się do Zajezierza. Na Opactwie w okolicy Fortu Bema, dogoniła ją kolumna niemieckich ciężarówek z wojskiem na pakach. Jedna z ciężarówek jak by celowo potrąciła Mamę. Koziołkując Mama wpadła do rowu, usłyszała tylko śmiech żołnierzy na ciężarówkach, kolumna przejechała. Mama z trudem się podniosła miała pozbijane kolana i pościerane ręce, kości były całe. Obejrzała rower był cały tylko błotnik miał zgięty, obcierał oponę, odgięła go z trudem. Siadła na rower i udała się w dalszą podróż. Do Zajezierza dotarła już bez przeszkód. Zostawiła rower u jakiegoś gospodarza ogarnęła się i udała się pod ujeżdżalnię. Idąc w kierunku stacji kolejowej mijała znajdujące się po obydwóch stronach drogi koszary 28 PAL. Teraz zajęte przez Niemców. Bardzo się bała. Idąc w kierunku ujeżdżalni zauważyła, że droga w tym kierunku jest zamknięta. Od ujeżdżalni w kierunku rampy kolejowej teren był otoczony i pilnowany przez niemieckich żołnierzy stojących, co kilka metrów. Mama wylękniona nie wiedziała gdzie się udać, zdezorientowana podeszła w kierunku budynku dworca kolejowego. Stojąc tam zauważyła stojący pociąg towarowy przy rampie, do którego Niemcy wprowadzali polskich żołnierzy, którzy szli z kierunku ujeżdżalni.

Jeńcy1

 

Jeńcy polscy z SGO „Polesie” prowadzeni przez Niemców z przejściowego obozu na ujeżdżalni 28 PAL na stację PKP w Zajezierzu.

Stacja w Zajezierzu Niemcy załadowywują Polskich żołnierzy do pociągu

Stacja PKP w Zajezierzu w październiku 1939 r. przed załadunkiem jeńców polskich.

 

Jeńcy

 

Jeńcy polscy w otwartych wagonach na stacji PKP w Zajezierzu, tuż przed wywozem do stalagu w Niemczech

Stojąc tak kilka minut obserwowała zmizerowanych naszych żołnierzy, nie wiedziała, co począć, gdzie szukać męża. Aż tu nagle z kolumny polskich żołnierzy oderwała się jakaś postać i zmierza w jej kierunku, z początku nie poznała swego Franka. Serce jej się ścisnęło z radości a zarazem z trwogi jak Niemcy zareagują. A Tata, gdy ich wyprowadzano z obozu był smutny. Myśli jak błyskawice kłębiły się w jego głowie, oto wyjeżdża w nieznane, nie wiadomo na jak długo, tak jest blisko swego domu i nie zobaczy swych najbliższych, a szczególnie swej kochanej pięknej Mani. Myślał, ten mały na pewno zawiódł, nie pojechał z listem do Sieciechowa. Gdy zbliżali się do rampy podniósł głowę oto miał przed swoimi oczami budynek stacyjny. Oto stąd wyruszał na wojnę żegnany przez swą kochaną żonę.
Ale oto na tle stacji widzi tak sobie znaną sylwetkę, wysoką szczupłą, zgrabną.
To przecież jego Mania wygląda jak przy pożegnaniu, gdy go odprowadzała na wojnę. Wychodzi z kolumny i jak zauroczony radosnym sprężystym krokiem podąża do swej ukochanej. Przechodzi obok niemieckich wartowników, nie zatrzymywany dochodzi szczęśliwy do żony. Obejmują się całują płaczą ze szczęścia, że się widzą, zachowują się jakby na tym peronie byli tylko oni.

Tę radosną sielankę mąci pytanie skierowane do taty zadane po niemiecku z bliskiej odległości. Kto to jest? Zajęci sobą nie zauważyli pięciu oficerów nadzorujących załadunek do pociągu polskich żołnierzy, którzy podeszli do nich. Muszę na chwilę przerwać moje opowiadanie i powrócić do młodzieńczych lat Taty. Skończył on siedem klas szkoły powszechnej i półtorej klasy szkoły zawodowej. W latach międzywojennych w szkole podstawowej i zawodowej uczono języka niemieckiego. Tata znał spory zasób słów tego języka. Tata odpowiedział, to moja żona. Mieli obydwoje na palcach obrączki. Niemiec zadawał kolejne pytania. Jak daleko mieszka? Mieszkam w Sieciechowie, 5 km. stąd. Cała piątka oficerów roześmiała się, mówili, że to bardzo blisko. Coś między sobą porozmawiali, czego Tata nie zrozumiał. Padło zaskakujące pytanie. Czy chciałby iść do domu? Tata mówił, iż jest w niewoli jak i jego koledzy pewnie razem zostaną gdzieś wywiezieni. Niemcy ponownie porozmawiali ze sobą. Tata z ich rozmowy wychwycił słowo „zuhause”. Oficer zwrócił się do taty „spazieren zuhause” to znaczy, iż jest wolny pozwalają mu iść z żoną do domu. Zaskoczył tym tatę. Odpowiedział oficerowi, że jest w mundurze i nie ma żadnych dokumentów, a żołnierze pilnujący będą strzelali. Niemiec kilkakrotnie powtórzył „zuhause, zuhause”, że żołnierze nie będą strzelać. Cóż było robić wziął żonę pod rękę i ruszyli. Nie szli do wsi, tylko jak stali na peronie udali się torami w kierunku Sieciechowa. Na torach stało dwóch żołnierzy niemieckich z automatami. Przeszli koło nich nikt ich nie zatrzymał. Szli powoli torami. Tata zdenerwowany powstałą sytuacją mówił Mamie, że zaraz zaczną do nich strzelać, gdyż widział postępowanie Niemców względem żołnierzy. Idąc tak czekali na strzał w plecy, żadne z nich nie wie ile przeszli metrów 150-200 a może więcej. Tata nerwowo nie wytrzymał, podjął decyzję, by Mama z nasypu toru zbiegła na prawo on na lewo. Tak za chwilę uczynili, nikt za nimi nie strzelał. Tata zaszył się w rosnących tu gęsto krzakach, dodatkowo się maskując. Mama poprzez pola poszła po rower do Zajezierza. Wróciła do domu już bez przygód, jedynie zatroskana o los swego męża. Tato w kryjówce przeleżał do nocy, bał się ruszyć by nie być złapanym lub zastrzelonym. Był przecież w mundurze żołnierza polskiego, nie miał przepustki ani żadnych dokumentów. Dopierow nocy opuścił swą kryjówkę, znał tu teren był u siebie. Późną nocą dotarł do swojego brata Stanisława Półka, który mieszkał na kolonii w Opactwie. Swym zjawieniem sprawił im ogromną radość, przecież i oni go już opłakali. U nich zdjął mundur żołnierza polskiego i założył ubranie cywilne. Do domu dotarł nad ranem, Mama nie spała całą noc oczekując na Tatę. Teraz mogli się sobą nacieszyć. Cała liczna rodzina, gdy dowiedziała się o powrocie przychodziła w odwiedziny. Rozmową i opowiadaniu, nie było końca. Tata był ostatnim żołnierzem z Sieciechowa, który powrócił z wojny. Radość obydwojga była szalona oto ten, który miał zginąć żyje, mogą sobie układać życie od nowa. W tych to szczęśliwych radosnych dniach, z tej pięknej miłości poczęło się w rodzinie Sieków nowe życie, za dziewięć miesięcy urodzi się moja starsza siostra Zosia.

Życie pod władzą okupanta stawało się coraz cięższe. Okupant oprócz podatków nałożył kontyngenty. Jest to obowiązek dostarczania płodów rolnych, żywca i mleka naliczania od hektara, świnie były kolczykowane, by nie móc je przeznaczać na ubój domowy. Pod koniec listopada 1939 r. przyszedł do naszego domu stryjeczny brat Taty. Posiedział krótko i wywołał Tatę na dwór. Ojciec wrócił sam po około trzydziestu minutach. Mama zaczęła Tatę wypytywać, co on chciał od ciebie, mówił, że nic ważnego chciał sobie pogadać. Mama nie dała się zbyć, nalegała, co to za tajemnice mają przed nią. Przez cały wieczór nie udało się Mamie nic wskórać. Ale nadeszła noc. I któż w łóżku nie ulegnie kobiecie, przy powtórnych naleganiach, Tata pękł. Powiedział, że wstąpił do organizacji Służba Zwycięstwu Polski został zaprzysiężony. Mama zaczęła biadolić mało ci wojny ledwie z jednej cudem wróciłeś i znów się pchasz w nową kabałę. Jednym z tych, którzy tworzyli w Sieciechowie pierwsze trójki konspiracyjne był stryjeczny brat Taty Deska Stanisław podporucznik rezerwy. Działalność trójek polegała na szukaniu porzuconej broni, konserwacji i ukryciu jej. Ciężko się żyło w tym czasie, byli na dorobku. Dom niewykończony, nie mieli krowy ani konia, jedynie parę świń i kilkanaście kur. 14 czerwca 1940 roku urodziła im się córka na chrzcie dali jej na imię Zofia, byli rodziną. Szczęście ich trwało krótko.
W październiku niespodziewanie pojawił się w naszym gospodarstwie kolczykarz. Tak nazywano człowieka, który zakładał kolczyki na uszy świniom i krowom, a także sprawdzał czy ich nie naruszono. Wszystkie te zwierzęta miały być oddane Niemcom za kontyngent, lub sprzedane Niemcom za marne pieniądze. Okupant za te towary dawał ekwiwalent w postaci wódki. Kolczykarz stwierdził u nas złamanie kolczyka u jednej świni. Złamania tego dokonał Tata przekładając kolczyk ze świni upasionej, którą już można by było oddać Niemcom na mniejszego warchlaka, który nie miał odpowiedniej wagi. Taką przekładkę robiono nagminnie gdyż sami rolnicy nie mieliby, czym się wyżywić. Tłumaczono się przed kontrolującym, iż świnia jest garna i nie chce rosnąć. Tacie i kilku gospodarzom z naszej gminy przytrafiło się złamać ten nieszczęsny kolczyk. Kolczykarz doniósł o tym Niemcom. Na prośby by tego nie robił nie reagował, był bardzo lojalny względem Niemców. Kolczykarza za jego niegodziwość ukolczykowali partyzanci, po tym zniknął z naszego terenu. Konsekwencje jego donosu były tragiczne. Przyjechali do nas Niemcy zabrali wszystkie świnie a także Tatę. Osadzili go w więzieniu w Radomiu miał być sądzony za sabotaż na rzecz Niemiec. Dla Mamy to był koszmar, małe dziecko, mąż zamknięty w więzieniu, groził obóz. Starała się różnymi sposobami by móc uwolnić męża. Pomagała w tym kłopocie jej matka Antonina Pachuca, a także inni członkowie rodziny. Szwagier polecił dwóch żandarmów z Radomia, którzy przyjeżdżali do Sieciechowa na jezioro połowić ryb. Mama jeździła do tych żandarmów z łapówkami, masłem, rybami, bo obiecywali, iż mają dostęp do wpływowych ludzi, którzy mają wpływ na pozytywne załatwienie tej sprawy. Oglądając, co mama przywiozła tylko śmieli się i mówili „Gut”, wszystko będzie dobrze.Jak się później okazało oszukiwali tylko i nic w sprawie Taty nie pomogli. Mama jeździła do Taty z paczkami żywnościowymi, starała się o widzenie, ale nigdy takiego nie było.
Tata siedząc przez cały okres pracował. Został przydzielony do grupy więźniów, która robiła buty drewniaki, dostawali karty pracy, na których były określone normy, które musieli wykonać, za niewykonanie norm groziło zmniejszenie normy żywnościowej. A posiłki były i tak mizerne małe racje chleba z trocinami, zupa lura na brukwi i gorzka kawa zbożowa. Gdyby nie paczki żywnościowe z domu, ciężko by było przeżyć. Ktoś Mamie polecił komendanta policji granatowej nazywał się Jagiełko, pochodził z Poznańskiego. Był komendantem w gminie Sieciechów. Mama przekazywała listy do Taty podtrzymując go na duchu. Tata też przekazywał krótkie informacje, że ich kocha i dobrze się czuje. Jeden list zachował się do dzisiaj. A jest to list do córeczki Zosi na pierwszą rocznicę urodzin. List jest na karcie pracy. Na jednej stronie współwięzień na prośbę Taty narysował ołówkiem nasze gospodarstwo, a także napisał wiersz, na drugiej Tata napisał krótki list.

List Dziadka

Życzenia imieninowe, przesyłam drogiej Zosi niech ma na pamiątkę. Zdrów jestem jak i również wam życzę wszystkiego dobrego, bardzo tęsknię za Wami. Kłaniam się całuję Mamusię i wszystkich w domu do widzenia, kocham Was Franek.

List Rysunek i wiersz

    Z dala od domu siedząc w więzieniu

    Marzę często we śnie o rodzinnej chacie

    Widzę ją wyraźnie w tym swoim marzeniu

    Jak gdyby tkwiła blisko na więziennej kracie

          O was myślę a obraz wciąż wraca przed oczy

          Ciebie żono i córeczko w tej wiejskiej zagrodzie

          A czas choć bez ustanku szybko naprzód kroczy

          Nie morze jakoś prędko tych marzeń łagodzić

     Nie wiem co w dalekiej mnie czeka przyszłości

     Czy wrócę jeszcze kiedyś w mojej chaty progi

     Lecz ty żono wciąż pilnuj tej żywej radości

     Mej córki tak jak ona nikt mi nie jest drogi.

W lipcu 1941 roku odbyła się rozprawa. Mama była na rozprawie, wtedy po raz pierwszy od dziewięciu miesięcy znów się zobaczyli, Tata był bardo wychudzony. Rozprawa prowadzona była przez sędziów niemieckich, w języku niemieckim. Mama nic z niej nie rozumiała. Z relacji Taty, który dużo jej prowadzenia rozumiał, wynikało, iż wszystkie okoliczności obciążają jego. Wywoływano świadka komendanta policji Jagiełko, ale się nie stawił. Rozprawa zbliżała się do końca. Nagle na salę sądową wszedł energicznym krokiem komendant Jagiełko, ubrany był w płaszcz przeciwdeszczowy ociekający wodą. Mówił po niemiecku. Pozdrowił Wysoki Sąd Hitlerowskim Heil Hitler, przeprosił, że się, spóźnił. Uzasadnił spóźnienie złą pogodą, silną ulewą a jechał z Zwolenia, gdzie teraz był komendantem. Mówił płynnie oświadczając, iż on też kontrolował kolczyki na zwierzętach i przeprowadzając kontrole u Sieka Franciszka, gdy złapał za kolczyk, kolczyk pękł, tyle Tata zrozumiał z tego, co zeznał Jagiełko. Ucieszył się bardzo tym zeznaniem, oto komendant brał całą winę za uszkodzenie kolczyka na siebie. Gdy go wyprowadzano pożegnał się uśmiechem z żoną. Mamę ktoś, kto był na sali pocieszył, iż będzie chyba dobrze, bo policjant obciążył siebie. Niepewność trwała jeszcze kilka dni po rozprawie. Wypuszczono Tatę z więzienia
w lipcu, w poniedziałek, którego lipca nie wiadomo. Wrócił bardzo zmizerowany, w podartym ubraniu gdyż w więzieniu nosił swoje ubranie, nie dostawali ubrań więziennych.

W najbliższą środę postanowił pojechać koleją, do Garbatki na targ, by kupić
dla siebie ubranie robocze. Na stacji w Bąkowcu kupił bilet. Na peronie czekał na pociąg. Gdy pociąg osobowy nadjechał i stanął z środkowego wagonu składu pociągu wysiadło dwóch „banszuców”, była to niemiecka policja kolejowa. Tata widząc ich wysiadających zawahał się czy wsiadać do pociągu. Był już uczulony na Niemców. Ale wsiadł, za nim wsiedli obydwaj „banszuce”. Zaraz skierowali się do Taty krzycząc ręce do góry „banditen”.
W wagonie jechało dużo ludzi. Usunęli ludzi z pod jednej ściany wagonu, a postawili tam Tatę. Muszę tu opisać jak wtedy wyglądał wagon. Wagon miał kilkanaście metrów, składał się z dwóch dużych pomieszczeń przegrodzonych ubikacją, duże to pomieszczenie miało ławki do siedzenia tylko pod ścianami w środku cała przestrzeń była pusta większość podróżnych musiała stać. W bocznych ścianach było kilka drzwi na zewnątrz wagonu wzdłuż jego obydwóch boków były ławki, którymi można było przejść z jednego wagonu
do drugiego, takie wagony nazywano „brekowce”. Podczas całego tego zajścia wyzywali Tatę i wrzeszczeli „banditen”. Jeden z nich zdjął karabin z pleców, odsunął się od Taty kilka metrów zarepetował karabin zaczął podnosić go do ramienia, zapanowała potworna cisza, którą przerwał strasznie głośny rozpaczliwy krzyk „To jest mój Wujek”, Niemiec na chwilę zamarł, Tata był podobno blady jak kreda. Niemiec powoli opuścił broń zabezpieczył ją, napięcie, jakie panowało w wagonie powoli opadało. Tym, który swym rozpaczliwym krzykiem uratował Tacie życie, okazał się Olek Półka syn brata Józefa Półki. Jak się okazało ten okrzyk wydał jakby podświadomie. W tym czasie pociąg dojechał do stacji Garbatka. Niemcy zakuli Tatę w kajdanki wyprowadzili z wagonu zaprowadzili do wagonu służbowego. Mama dowiedziała się o aresztowaniu od ludzi, którzy powrócili z targu z Garbatki, szczegółowej relacji udzielił po południu naoczny świadek całego zajścia Aleksander Półka uczeń radomskiej szkoły budowlanej, do której dojeżdżał codziennie pociągiem. Mama poprosiła o pomoc Tomasza Witkowskiego sieciechowianina, który dobrze władał językiem niemieckim i znał w Radomiu kilku Niemców. Przez dwa dni nie udało się zlokalizować gdzie przebywa. Nie było go w żadnym areszcie ani też w więzieniu. Trzeciego dnia znaleziono go zamkniętego w ziemiance koło dworca w Radomiu. Siedział sam, nie dano mu jeść ani pić przez cały ten okres. Po wyjaśnieniu, że nie jest żadnym bandytą, gdyż opuścił więzienie przed dwoma dniami, wyszedł na wolność. Mama powiedziała po tym incydencie, iż go samego już nigdzie nie puści. Względny spokój w kontaktach z Niemcami trwał do sierpnia 1944 roku. Front stanął na Wiśle. Sieciechów znalazł się w pasie przyfrontowym, rozlokowała się tu jednostka Wermachtu w sile batalionu. U nas w pokoju, który został
w między czasie wykończony zakwaterowano trzech żołnierzy wermachtu. W budynku szkolnym rozlokowała się żandarmeria. Zaczęły się łapanki mężczyzn, młodszych wywożono do Niemiec, starszych do robót przy budowanie umocnień przyfrontowych. Tatę złapano i zapędzono do wsi Łoje, do budowania okopów i schronów. Cały czas pracowali pod strażą, w nocy byli zamykani w domach i pilnowani przez warty. Praca była ciężka i niebezpieczna, sowieci często ostrzeliwali strefę przyfrontową, wyżywienie było skąpe. Każdy tam pracujący starał się jak najszybciej stąd uciec. Ojcu udało się po dwóch tygodniach. Bał się wrócić do domu, bo tam mieszkali Niemcy. Ukrywał się w Bielach jest to las liściasty, nocą przychodził pod dom, a żona wynosiła mu jeść. Któregoś razu czekając na żonę położył się w stodole i zasnął. W tym czasie jeden z Niemców, którzy u nas nocowali pełnił wartę w naszej okolicy, przyszedł do domu i zwrócił się do Mamy. Mania u ciebie w stodole ktoś chrapie, czy to nie twój mąż, a może partyzant. Mania ty zobacz, kto to. Mama poszła i zobaczyła swego męża zmęczonego smacznie śpiącego i głośno chrapiącego. Uspokoiła Niemca, że to mąż. Niemiec poradził żeby mąż tak się nie ukrywał, bo to niebezpiecznie.
On w drwalce zrobi skrytkę, w której będzie się mąż ukrywał. Jak powiedział tak zrobił, Tata miał bezpieczną kryjówkę, Niemiec napisał na drzwiach że to jest schowek na uprząż do koni.

Kilka dni upłynęło względnie spokojnie gdyby nie ostrzał sowietów zza Wisły,
od którego zginęło kilkoro ludzi w Sieciechowie. Pierwszego sierpnia 1944 wybucha powstanie w Warszawie przeciwko Niemcom. Generał Bór Komorowski prosi oddziały AK o przyjście na pomoc powstaniu.
Do sieciechowskiego plutonu AK dotarł rozkaz 20 sierpnia. Pierwsza zbiórka na koncentrację nie powiodła się, łącznicy dotarli nie do wszystkich żołnierzy AK. Drugą koncentrację wyznaczono na 22 sierpnia. Rano do Stryja Piotra dotarł łącznik dowódcy placówki Armii Krajowej nr 7 z rozkazem przybycia na koncentrację plutonu sieciechowskiego na ,,Nową Górkę’’. Tata ze Stryjem mieli Steny i amunicję ukrytą w stodole, mieli problem jak niepostrzeżenie wynieść ją w pole. W stodole stały niemieckie konie wojskowe, Niemcy cały czas kręcili się i dawali im jeść. Tata przed wieczorem udaje się na wyznaczone miejsce, Mama z ciotką Kalbarczykową już szarówką udają się też na to miejsce by zanieść mężom żywność na trzy dni i bieliznę. Dowiadują się, że pluton idzie na pomoc walczącej Warszawie. Kobiety są wystraszone widząc tylu mężczyzn z bronią, jest ponad czterdziestu. Ale widzą, że jest ich garstka w porównaniu z wrogiem, przecież w Sieciechowie stacjonuje około 500 żołnierzy Wehrmachtu. Na stacji Bąkowiec stoją pociągi z Niemcami, na torze między tą stacją, a Słowikami porusza się potężne działo tak zwane ,,Berta’’, które ostrzeliwuje rejon za Wisłą. Żegnają się z mężami i szybciutko opuszczają zagrożony teren. Pluton pod dowództwem Franciszka Rechowicza „Styra” rusza nocą  w długi marsz idą przez Molędy, Żytkowice, Laski, Suchą, w Lasy Suskie do Leśniczówki Mireń. Noc jest bardzo ciemna, idą w dwuszeregu po koleinach zrobionych przez furmanki, nie widzą sylwetki kolegi  idącego tuż przed nim. Marsz nocny jest ciężki, każdy z nich niesie około 30 kilogramów na plecach, jest to broń, amunicja, żywność. Większość drogi biegnie lasem potykają się na korzeniach. Nad ranem docierają do Leśniczówki Mireń, są potwornie zmęczeni. Tu czeka na nich dowódca Batalionu Kozienickiego ,,Grab’’. Równocześnie z nimi dociera kompania AK-BCH Tomasza. Oni przybyli spod Sarnowa skąd zabrali ukrytą w skrytkach ciężką broń maszynową i piaty, są bardzo zmęczeni. Te dwa oddziały są drugim rzutem Batalionu Kozienickiego. Pierwsza część: kompanie Harnasia i Huragana dwa dni wcześniej wyruszyły w rejon Gór Świętokrzyskich. Odpoczywają cały dzień, wieczorem na zbiórce dowiadują się, że nie idą na pomoc walczącej Warszawie, lecz mają podążać w rejon Gór Świętokrzyskich celem połączenia się kompanią Harnasia i Huragana. Połowa plutonu sieciechowskiego zostaje cofnięta rozkazem dowódcy do rejonu zamieszkania, celem opieki nad ludnością cywilną. Nocą bezpiecznie wracają do Sieciechowa. Tata znajduje się wśród wracających, jego brat Piotr Siek z Batalionem  Kozienickim  idzie w Góry Świętokrzyskie. piotr Siek

                                 Stryj Piotr Siek

Jest pełnia żniw, Sieciechowianie skoszonych zbóż nie zwożą do stodół, na polach ustawiają prowizoryczne sterty, obawiają się pożaru stodół ze zbiorem. Gdyż sowiecka artyleria dość często ostrzeliwuje rejon Sieciechowa. 3 września Sieciechów zostaje wysiedlony. Wszyscy muszą opuścić teren przyfrontowy. Przenoszą się do lasu olchowego zwanego ,,Biele’’. Liczą, że lada chwila ruszy ofensywa sowiecka. Przeliczą się, przychodzi jesień, obfite opady deszczu zamieniają ,,Biele’’ w olbrzymie bajoro. Przenoszą się do lasu sosnowego, tam jest podłoże piaskowe przynajmniej nie brodzą w błocie. Wcześniej i teraz mieszkają w szałasach i tutaj niemiecka żandarmeria robi łapanki na mężczyzn, rekwirują ostatnie świnie i krowy. Gdzieś blisko stacjonuje jednostka własowców, ci polują na samotne kobiety. Po płody rolne na swoje pola udają się nocą, trzeba czymś żyć. Przewiezione snopy młócą cepami lub kijami, mąkę robią na żarnach. Aby upiec chleb z narażeniem życia nocą udają się do swoich opuszczonych domostw by go tam upiec. Przeważnie robią to nasze dzielne kobiety, gdyż mężczyźni się ukrywają. Najgorzej jest z praniem nie ma czystej, bieżącej wody, ta w nizinkach i dołkach szybko się mąci nie można dobrze wypłukać prania a tym bardziej wygotować. Lęgną się wszy, które strasznie zaczynają dokuczać. W tych strasznie trudnych warunkach nie słychać by ktoś zapadł na jakąś cięższą chorobę. Zaczyna się zima spada pierwszy śnieg, nocą zaczynają się coraz większe przymrozki. A sowieci nie ruszają.
W końcu tych dzielnych ludzi z ich szałasów wypędzają większe mrozy. By nie zamarznąć szukają miejsca zamieszkania w pobliskich wioskach Molędach, Garbatce, Zawadzie. Mama z Tatą, córką, babcią Antoniną Pachucą, jej synem Piotrem, córką Stanisławą i zięciem Kazimierzem Niedzielskim, znajdują miejsce w Garbatce u Bernacików. Zajmują izbę przy oborze o wymiarach 4 na 4 m, była w niej kuchnia. Na noc przynoszą snopy słomy rozkładają na podłodze i śpią jedno obok drugiego. Najgorszy jest głód, nie zebrali plonów. Kobiety narażając się idą na swoje pola gdzie zostały nie wykopane ziemniaki, buraki i warzywa starają się coś z tych płodów odzyskać, przecież lada dzień wszystko to zamarznie. Podczas jednej z takich wypraw Mamy z ciocią, spostrzega je patrol żandarmerii niemieckiej na koniach, one też go spostrzegły. Porzucają ukopane ziemniaki i ratują się ucieczką, zdejmują buty i uciekają w kierunku lasu ,,Biele’’ tam jest ich ratunek. Krzaki i drzewa rosną tam tak gęsto, jazda konna w nim jest niemożliwa. Niemcy pędzili za nimi, ale na trasie ich jazdy rozciągały się ogromne rozlewiska wodne, w których koń by ugrzązł, dlatego musieli je omijać. Zaczyna się zmrok. Dopadają zarośli czują się bezpieczniej, ale nie zwalniają biegu, do domu mają 10 kilometrów. W zaroślach tracą ze sobą kontakt, w pojedynkę jest im jeszcze straszniej. Całą tę odległość pokonały biegiem, Mama pierwsza dobiegła do domu potwornie zmęczona, cała mokra. Babcia natychmiast przebiera ją, moczy nogi w gorącej wodzie. Nogi są fioletowe z zimna i pokaleczone. Niedługo po mamie przybiegła ciocia też
w podobnym stanie, miała żal do siostry, że nie zaczekała na nią.

Któregoś dnia Tata na babci koniach pojechał po kapustę do Zawady, towarzyszył mu w tej podróży Jan Kupis . Do Zawady jechali koło sadzawek w Bąkowcu. W tym to miejscu zauważyli patrol niemieckiej żandarmerii na koniach, który pędził w ich kierunku. Tata namawiał Kupisa by uciekał, teren do ucieczki był korzystny, duża powierzchnia stawów porośnięta była trzciną, ale on nie zdecydował się na ucieczkę. Niemcy zaaresztowali ich i zabrali do Zwolenia. W domu rozpacz znów Franek przepadł. Od nikogo nie mogli się dowiedzieć, kto ich zaaresztował i gdzie przebywają. Po trzech dniach trafiono na ślad zaginionych, mieli się znajdować w Zwoleniu. Mama z babcią natychmiast pojechały do Zwolenia. Ale Taty i Kupisa już tam nie było, dowiedziały się  że wywieziono ich do Radomia. Odzyskały tylko konie potwornie wychudzone, nikt ich nie karmił i poił przez te dni. Ciężko było im wrócić gdyż pokradziono część uprzęży. Po drodze często robiły przerwy by konie odpoczęły. Prosiły po wsiach gospodarzy o siano by pożywić zagłodzone konie. Mama nazajutrz pojechała do Radomia, ale już męża nie odnalazła, dowiedziała się tylko, że rankiem duży transport mężczyzn załadowano do pociągu i wywieziono w zachodnim kierunku. Wróciła do Garbatki bardzo zmartwiona o los męża. A Tatę złapali żandarmi z posterunku w Zwoleniu i dlatego ich tam zabrali. Tam spędzili tylko noc, nazajutrz kilkudziesięciu tak zatrzymanych samochodami wywieziono do Radomia.
Po dwóch dniach, gdy Niemcy skompletowali cały skład więźniów transport ruszył w kierunku Skarżyska. Tata był w transporcie z Kupisem. W wagonach było ciasno. W wagonie myślano o ucieczce, nocą w podłodze wyrwano otwór  przez który mógł się przecisnąć człowiek. Czekano by pociąg zwolnił bieg. Pociąg zwolnił na krótko gdzieś za Kielcami, kilku odważnych opuściło wagon spuszczając się na tory między toczące się koła. Pociąg znów przyśpieszył, Tata z większością jechali dalej. Tak dojechali do Breslau (Wrocławia). Od Radomia do Wrocławia nic nie dostali do jedzenia i picia.  We Wrocławiu zapędzono ich do obozu przejściowego gdzie dano im chleb i zupę. Tu pytano, kto jaki ma zawód i według tego kryterium podzielono na grupy. Tata powiedział, że pracował na kolei załapał się do grupy kolejarskiej. Kupis jako rolnik trafił do innej grupy, tu ich rozdzielono, pożegnali się serdecznie życząc sobie nawzajem szczęśliwego przeżycia wojny i jak najszybszego powrotu do domu. Tatę z grupą kolejarzy załadowano do pociągu towarowego i powieziono w nieznane. Po kilkunastu godzinach dojechali do celu. Okazało się, że są w Berlinie. Rozładowano grupę na stacji towarowej i popędzano w kierunku zachodnim. Po krótkim czasie dotarli do celu. Był to obóz pracy znajdujący się na przedmieściu Berlina w Poczdamie. Rozlokowano ich po barakach i podzielono na brygady kilkudziesięciu osobowe, dostali do nadzoru majstra, który przez tłumacza poinformował brygadę o zakresie obowiązków. Mają reperować tory kolejowe uszkodzone przez alianckie naloty. Nie wolno się oddalać z obozu bez przepustki, przepustkę można dostać tylko w niedzielę i za dobrze wykonywaną pracę. Wyrobiono każdemu kenkartę ze zdjęciem i numerem na piersiach. Taką widziałem, bo znajdowała się u nas w domu, ale gdzieś zaginęła. Poza tym mieli naszytą na marynarce literę ,,P’’. Obóz był duży znajdowało się w nim kilka tysięcy więźniów. Byli tam więźniowie kilku narodowości. Pracowali na zmiany w dzień i w nocy po dwanaście godzin. Roboty mieli dużo. Alianci dokonywali nalotów na Berlin i okoliczne węzły kolejowe w dzień i w nocy. Dywanowe naloty bombowców robiły potworne zniszczenie. Po takim nalocie znikały całe dzielnice obrócone w sterty gruzów. Opiszę zapamiętane jedno opowiadanie o okropności wojny. Tata opowiadał, że w Berlinie jest kolej naziemna, podziemna i napowietrzna, przez długie lata nie mogłem sobie tego wyobrazić, dopóki nie przejechałem się metrem. Któregoś razu, zawieziono kilka brygad do centrum Berlina zaprowadzono ich do metra. Metro znajdowało się kilka metrów pod ziemią. Przeraziło ich to, co tam zobaczyli. Niemcy w stacjach metra urządzili schrony przeciwlotnicze, gdzie podczas nalotu chroniła się ludność. W taki to zaimprowizowany schron pełen ludzi trafiła dziesięciotonową bomba lotnicza, przebiła kilka metrów ziemi i rozerwała się wśród czujących się tu bezpiecznie ludzi. Widok był makabryczny, potworna siła wybuchu zwiększona ograniczoną przestrzenią, narobiła ogromnych szkód. Nie było ludzkich ciał, tylko niekształtna masa, którą było wszystko oblepione, ściany, sufity i posadzka metra.
W centrum wybuchł ogromny lej a u góry ogromna dziura. Nie potrafili przez dłuższy czas zebrać się do roboty, wymiotowali tak długo aż nic już w żołądkach nie zostało. Najpierw naprawili tory, by kolejka mogła z powrotem jeździć. Potem sprzątano to, co z ludzi pozostało. Przez długi okres czasu Tata widział te sceny we śnie i na jawie. Widział piękne miasto sukcesywnie niszczone dzień po dniu, żal mu było tych ludzi. Niemcy nie byli już tak butni, a może Tata trafił tylko na trochę lepszych. Oto komendant obozu był znośnym człowiekiem nie naprzykrzał się więźniom, strażnicy w porównaniu z tymi w Polsce też byli znośni. Brygadzista był ludzki chłop, przynosił papierosy, choć sam nie palił częstował ludzi z brygady. Jak w niedzielę nie było roboty Tata z kolegami prosili o przepustki i szli na mszę do kościoła, modlił się o szczęśliwe przeżycie wojny. Był załamany myślał, że nie przeżyje tej strasznej wojny. Widział setki trupów i straszne zniszczenia spowodowane przez naloty dywanowe aliantów. Bał się, że któregoś dnia nalot trafi w ich obóz i zostaną starci na pył. Martwił też się o rodzinę. Gdy został przez Niemców złapany mama była w stanie błogosławionym nosiła pod sercem mnie. Tata wszystkie te obawy i zmartwienia zawarł w swoim liście, który dotarł do żony przed ofensywą sowiecką. List zmartwił bardzo mamę bała się o męża by się tylko nie załamał, wysłała do niego list podtrzymujący na duchu. Nic nie wiem czy ten list dotarł do taty.

A w Garbatce wszyscy z utęsknieniem oczekiwali ofensywy sowietów, zima była tęga żywności coraz bardziej brakowało. Wreszcie 15 stycznia 1945 r się zaczęło. Od rana słuchać było dalekie odgłosy artylerii, 15, a może 16 stycznia zaczęli uciekać Niemcy z Garbatki.
Po południu od strony Gródka słychać było strzały broni maszynowej. Za niedługo pojawili się sowieccy żołnierze. Nie było jakiś serdecznych powitań, ludzie byli bardzo zmęczeni.
A wejście żołnierzy sowieckich nie wróżyło nic dobrego. Ludzie pamiętali 123 letnią niewolę. Zamieszanie, jakie nastąpiło w chwili przesuwania się frontu wykorzystali ludzie i rozbili magazyny niemieckie ze zbożem zgromadzonym z kontyngentów. Wujo i stryj pojechali pod magazyn i udało im się wziąć kilka metrów żyta, bardzo się ono przydało, bo żadnego zboża w naszej rodzinie nie było. Po ucichnięciu strzałów wszyscy ruszyli do opuszczonych domostw. Sieciechów z daleka wyglądał nie najgorzej, nie spłonął.
Po przybyciu na miejsce, okazało się, że został splądrowany. U nas nie było tak tragicznie, brakowało drzwi wejściowych, z kuchni wyrwano winkiel i blachy, zniknął dębowy stół z pokoju i została zerwana podłoga w pokoju. Ocalała szafa dębowa trzy drzwiowa i trochę ubrań zakopanych w stodole. U innych było wiele gorzej brakowało całych okien, a z dachów znikła blacha. Ale ludzie cieszyli się, że żyją, myśleli teraz skąd skombinować żywność by przeżyć do pierwszych zbiorów. Stryj Piotr, który wrócił z partyzantki, on był teraz jedynym mężczyzną w naszym domu. Natychmiast z niemieckich bunkrów przyniósł arkusz blachy położył na kuchni i już można było palić ogień zaczęło być przytulnie, ciepło na rozgrzanej blasze piekli placki ziemniaczane, cieszyli się, byli znów u siebie. Żyto zabrane z magazynów ratowało ich przed głodem. Robili mąkę na młynkach, były to żarna napędzane siłą mięśni ludzi. Był chleb i kluski z żytniej mąki nie było mleka tak bardzo potrzebnego dzieciom, a także żadnego tłuszczu. Pomysłowość ludzka jest wielka. Gdy tylko ziemia zaczęła rozmarzać wyrywano z niej buraki cukrowe, których nie zebrano w ubiegłym roku. Ze zmarzniętych buraków robiono syrop, nazywano to miodem, słodzono nim wszystko, smarowano chleb, wygłodniali cieszyli się jak to jest smaczny chleb z takim miodem. Przyszła wiosna zaczęli uprawiać rolę. Dzięki dwudziestu dolarom, które dostał stryj Piotr Siek jako żołd, gdy wracał z partyzantki, zakupili ziarno do zasiewu wiosennego, owies i pszenicę jarą. Życie by się stabilizowało, gdyby nie strach przed nową władzą. Władza ta przyniesiona na sowieckich bagnetach, nadzorowana przez NKWD zaczęła ścigać niedawnych żołnierzy legalnego Polskiego Państwa Podziemnego. W Sieciechowie zaaresztowano kilka osób, ja znam trzy nazwiska Jan Niedzielski, Marian Jaskulski i Marian Furgo ten ostatni postrzelony na jeziorze przy próbie ucieczki. Ludzie przekazywali poufnie wiadomości, a to o uwolnieniu byłych żołnierzy z transportu kolejowego pod Bąkowcem, to próbie uwolnienia byłych żołnierzy AK – BCH z więzienia UB w Kozienicach. Sieciechowska liczna organizacja byłych żołnierzy AK czując się zagrożona aresztowaniami, zaczęła opuszczać naszą miejscowość udając się na ziemie zachodnie.

Był maj 1945 r. zakończyła się wojna, Ojciec nie wracał i nie było żadnych wieści o nim. Wspomnienia o Ojcu zakończyłem, gdy front stał na Wiśle. Więzieni w obozach na terenie Niemiec musieli czekać jeszcze pół roku. Pracy mieli coraz więcej naloty stawały się coraz częstsze, zniszczenia coraz większe, wyżywienie coraz gorsze. Opowiadając o swym pobycie w Berlinie tata mówił o pewnej maszynie którą widział jak zawisła w powietrzu nad jednym punktem, a potem wolno opuściła się na ziemie. Jako chłopiec nie mogłem wyobrazić sobie tej maszyny, na naszym niebie takie nie latały. Dopiero około sześćdziesiątych lat zobaczyłem coś takiego, nazwano go helikopter. Pewnej niedzieli chyba w marcu po wyjścia z kościoła stanęli grupką by zapalić papierosa, z kościoła wyszedł organista znali go z widzenia, przechodząc tuż koło nich powiedział czysto po polsku ,, już niedługo będziecie wolni‘’. Nie zwalniając oddalił się od nich. Za kilka tygodni usłyszeli daleki pomruk artylerii ten głos sprawił im wiele radości. Dywanowe naloty stawały się coraz rzadsze. Sprzątali ulice z gruzu. Głód stawał się coraz dokuczliwszy. Głosy armat słychać było coraz wyraźniej i ze wszystkich stron. Ostatnich kilka dni nie wychodzili do pracy. Niemców, którzy ich pilnowali jakby ubyło. Na trzy dni przed pojawieniem się sowietów nad obozem przeleciał bardzo nisko samolot z gwiazdami na skrzydłach. W ich rejonie nie było żadnych walk. Niespodziewanie koło południa pojawił się jeden sowiecki czołg z żołnierzami na pancerzu. Wjechał na teren obozu. Wylegli chyba wszyscy więźniowie, otoczyli czołg wiwatowali głośno krzycząc
z radości. Na wieżyczce czołgu stanął chyba dowódca czołgu. Wyciągnął nagana strzelił w powietrze kilka razy dla uciszenia tłumu. Zapytał gdzie uzbrojeni „Germance”. Odpowiedziano, że takich nie ma. Zapytał jak im tu było. Krzyknięto, że płocho. Dowódca zapytał czy jest niemiecki komendant. Odpowiedziano, że jest. Dawaj go. Przyprowadzono Niemca. Dowódca zaczął go wyzywać w pewnym momencie skierował nagan na Niemca
i oddał strzał zabijając go na miejscu. Do więźniów zawołał, że są wolni i mogą wracać do domów. My idziemy bić „germańca”. Idąc przez Poczdam dzielnicę willową nie mogli się napatrzeć jak piękne wokół wznosiły się rezydencje. Napotykali sklepy pełne towarów. Sklep motorowo – rowerowy z opowiadania Taty wyglądał imponująco. Na podłodze stały piękne motocykle na specjalnych wieszakach na ścianach wisiały rowery. Jako mały chłopiec nie mogłem tego sklepu sobie wyobrazić. Z takiego sklepu wziął Tata rower z innego dwie walizki, które wypełnił jakimiś ubiorami dla mamy i siebie. Wraz z dużą grupą tak wyposażonych Polaków, omijając Berlin od południa zmierzali do domu. Już w Poczdamie napotkali większe oddziały sowieckie. Żołnierze w większości byli pijani ich wygląd i zachowanie wywoływały niesmak. Przebrani we fraki, garnitury w cylindrach, inni w damskie stroje dosiadali rowerów, które nie miały opon i z przyczepionymi na sznurkach puszkami po konserwach próbowali jeździć po ulicach, z mizernym skutkiem, wywracając się często. Przy tym głośno śpiewając i wrzeszcząc, robiło to niesamowite wrażenie. Ludności niemieckiej w tym czasie nie było widać. Okrążając Berlin słyszeli odgłosy walki o miasto. Sowieckich jednostek wojskowych napotykali coraz więcej. Około czterdzieści kilometrów od Berlina napotkana jednostka zabrała im rowery, musieli teraz podążać do domu pieszo.
Z jedzeniem było najgorzej, trochę karmiły ich napotykane jednostki. Od Berlina nie jeździły żadne pociągi, drogę tę pokonali pieszo. W odległości 60 kilometrów od Berlina na skrzyżowaniu dróg spotkali pędzącą bryczkę zaprzężoną w dwa konie, bryczkę powoził lejtnant. Zatrzymał się zapytał „kuda” Berlin i „skolko” kilometrów. Pokazali mu kierunek i określili ile to kilometrów. Powiedział „spasibo” musi się spieszyć, bo bez niego zdobędą Berlin. Zaciął konie batem i pomknął w skazanym kierunku. Całą drogę do Odry przebyli pieszo, w jak licznej grupie nie wiadomo po drodze byli kilka razy zatrzymywani przez sowietów musieli odpowiadać skąd idą, dokąd, mieli niemieckie kenkarty. Byli rewidowani, przeglądano im bagaże, część rzeczy po rewizji nie zwrócono, i tak to mieli lżej podróżować. W którym miejscu dotarli do Odry nie wiadomo. Tutaj czekali na okazję zabrania się jakimś składem wojskowym do Polski. Poszukując żywności natknęli się na jakiś niepilnowany magazyn, pewnie niemiecki, tam znaleźli cukier w 50 kilowych workach, podzielili go między siebie przypadło po kilkanaście kilo. Byli uratowani, cukier krzepi. Wędrówka i podróż trwała długo. Tereny niemieckie wyglądały jak wymarłe. Pociągami podróżowali tylko na dachach wagonów. Mieli kilka przesiadek i przymusowych postojów. Na terenach polskich poczuli się pewniej, łatwiej było o żywność. Tutaj wsie były zamożne u gospodarzy można było się pożywić. Ojciec wracał przez Poznań, Kutno, Warszawę, Dęblin i Bąkowiec. Stąd widział Sieciechów i swój dom leżący na skraju wioski. Dotarł w rodzinne strony około 30 maja, był wczesny poranek. Z Bąkowca niosło go jak na skrzydłach, nie czuł tych dwóch walizek, które wędrowały z nim aż z Berlina. I co za zbieg okoliczności, idąc drogą nikogo nie spotyka, wchodzi na podwórko. Wzrok jego cieszy się widokiem swego obejścia. Staje na progu stawia walizki, wyciąga rękę by zapukać. A tu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki drzwi się otwierają, a za nimi stoi jego Mania. Stoją tak obydwoje przez chwilę zaskoczeni. A po chwili szał radości Tata chwyta Mamę w objęcia całują się płaczą z radości. Mama pierwsza dochodzi do siebie, mówi puść mnie to moje ostatnie dni przed porodem. Wrzawa przez nich uczyniona budzi stryja Piotra i córkę Zosię. Radość jest wielka oto są znów razem przeżyli wojnę, rodzina niedługo się powiększy. Mama krząta się przy kuchni by czymś ugościć męża. Wieść o powrocie Taty rozchodzi się bardzo szybko wśród sąsiadów, przychodzą by z Tatą się przywitać, porozmawiać. A Tata ma co opowiadać widział kawał świata, przeżył wiele przygód.
Ale życie ma swoje prawa, w domu była bieda. Ziemia częściowo obsiana, reszta czekała na obsadzenie ziemniakami. A ziemniaka w naszej bliskiej i dalszej okolicy nie można było kupić. Tata jadąc przez poznańskie widział zasobność tamtych wsi. Namówił mieszkańców Sieciechowa na kupno ziemniaków w poznańskim. Zorganizowano zbiórkę pieniędzy i w trzech pojechali po ziemniaki. Udało się wynająć wagon i zakupić ziemniaki. Zadowoleni powrócili do Sieciechowa oczekując przybycia wagonu z ziemniakami o jego przybyciu mieli być poinformowani przez zawiadowcę stacji w Bąkowcu. Zawiadowca nie pamiętam nazwiska był z Bąkowca. Nie powiadomił osób do których był adresowany list przewozowy, tylko swoją rodzinę, znajomych z Bąkowca i Woli Klasztornej. Ktoś z kolejarzy dał znać Tacie, że ich kartofle są rozkradane. Tata skrzyknął tych co się składali na kupno ziemniaków i galopem wozami popędzili na stację do Bąkowca. Przybyli za późno, ziemniaki były już na chłopskich wozach. Wywiązała się awantura, szarpanie potem bójka. Zawiadowca przedzwonił do Kozienic na UB. Przyjechali zaaresztowali kilka osób, ale tylko sieciechowiaków właścicieli ziemniaków, ci co zabrali ziemniaki nie ponieśli żadnych konsekwencji. Zawieziono ich do Kozienic i zamknięto w budynku UB w piwnicach. Budynek stoi do dzisiaj jest to piętrowy murowany dom na ul. Kochanowskiego nr 3 Stojący naprzeciwko Ogródka Jordanowskiego.

Za: http://podziemiezbrojne.blox.pl/

W owym czasie budynek ten wyglądał jak twierdza. Okna osłonięte siatką metalową drzwi wzmocnione blachami. Tata siedział trzy dni był przesłuchiwały nie tylko na okoliczność zajścia z ziemniakami, ale również na temat konspiracji. Ratowała Tatę kenkarta z obozu pracy w Poczdamie. Był źle traktowany szczególnie przez personel wartowniczy,  który składał się z ludzi, z naszego powiatu
o nieszczególnej reputacji, Tata znał kilku z nich. Ziemniaków nie odzyskano.

We wrześniu 1945 r. przyjął się do pracy na kolei w Dęblinie. Zaraz został wysłany jako pionier do zagospodarowania ziem zachodnich, skierowany został do Wrocławia.
Po stwierdzeniu wykształcenia został skierowany na kurs, po którym został kierownikiem pociągu.

Świadectfo Dostał nieduże mieszkanie, pokój z kuchnią. Praca była ciężka po kilkanaście godzin dziennie i niebezpieczna. Wojsk sowieckich dużo, ich nie obwiązywało prawo polskie. Władza ludowa dopiero się kształtowała. Wielu szabrowników, którzy starali się z ziem zachodnich wywieźć co tylko się dało, przeważnie koleją zastraszając obsługę pociągów lub przekupując. Przez pierwsze pół roku nie dostawał zapłaty, tylko w naturze.  Wyżywienie w stołówkach kolejowych, deputat chleba dla całej rodziny na cały tydzień
i kupon na ubranie. Jeździli w ubraniach cywilnych, nie było mundurów kolejarskich.
Nie sprowadzał rodziny bo łatwiej było o żywność dla dzieci na wsi. Tata był kierownikiem pociągu towarowego, takie w większości w tym czasie jeździły, takimi przewożono różne towary a także ludzi. Podróżni byli zadowoleni, że mogą się zabrać do pociągu. Warunki podróżowania były straszne. Mama jadąc pierwszy raz do męża na Święta Wielkiej Nocy w 1946 r. przeżyła koszmar. Pociąg jadący z Lublina do Wrocławia był tak załadowany, iż w Bąkowcu miejsca były tylko na zewnątrz wagonów. Były to wagony zwane brekowce z ławkami wzdłuż ścian wagonów. Stanęła na tej ławce złapała się poręczy i modląc się zaczęła podróż. Nigdy tak nie podróżowała myślała, że może od Radomia uda jej się dostać do pociągu. To była wiosna zimno, myślała chwilami, że nie wytrzyma tej jazdy, ręce zgrabiane z zimna cała zziębnięta nogi zdrętwiałe, zdawało się, że lada chwila i odpadnie od pociągu. Dopiero za Częstochową ludzie wysiedli z wagonu miejsce się zwolniło i dostała się do środka, długo nie mogła się rozgrzać.

Tata we Wrocławiu pracował dwa lata na kolei, mało płacili, za te nędzne pobory nie mógłby w mieście utrzymać rodziny. Czasy były niepewne mówiono ciągle o wybuchu trzeciej wojny światowej, na ziemiach odzyskanych ludzie nie czuli się bezpiecznie. Postanowił wrócić do Sieciechowa być razem z rodziną, miał tu własny dom trochę ziemi. Zwolnił się z kolei ze względu na nędzne płace. Był brukarzem zaczęto znów budować drogi, praca była w akordzie zarabiał pięciokrotnie więcej. Pracował też z dala od domu, ale co dwa tygodnie przyjeżdżali do domu, na żniwa i inne cięższe prace polowe zostawał dłużej aż do ich zakończenia. Na wsi w porównaniu z okupacją niemiecką wiele się nie zmieniło. Obwiązywał kontyngent teraz ładniej nazwany ,,obowiązkowe dostawy’’, doszły składki na odbudowę stolicy. O jakiejś mechanizacji ani słychu. Przed referendum ,,3 X Tak” zastraszono ludzi w Sieciechowie sporo ludzi aresztując. Kolektywizacja wsi wisiała w powietrzu ludzie czuli się niepewni swojego losu. I oto na koniec epizod mający związek z okresem okupacji. Dostaje tata wezwanie do Urzędu Bezpieczeństwa, jedzie z duszą na ramieniu. Okazuje się, że jest świadkiem w sprawie Komendanta Policji Jagiełki z czasów okupacji niemieckiej. Siedział w więzieniu oskarżony o wysługiwanie się okupantowi. Tata złożył pozytywne świadectwo względem Jagiełki, on uratował mi życie. Od przesłuchującego dowiedział się, iż to Jagiełko podał Tatę na świadka obrony. Po jakimś czasie Jagiełko przysłał list dziękując za pomoc. Na tym kończą się przygody Taty z krótkim okresem w  życiu ale jakże burzliwym. Te przeżycia mocno nadwyrężyły system nerwowy odcisnęły ogromne piętno na jego psychice. W 1960r. zachorował na depresję leczył się do końca swego życia. Będąc w szpitalu, co roku od półtora do trzech miesięcy.Wyświetl album

Dziś słyszę o roszczeniach Niemców wysiedlonych z naszych ziem zachodnich. Tata zmarł 12 lutego 1983 r. nie dostał złamanego feniga za pracę na rzecz rzeszy niemieckiej, za psychiczny i moralny terror. Tak samo Mama za jej straszne przeżycia, będąc żoną człowieka, który miał tyle niebezpiecznych przygód, a następstwem tych przygód ta straszna choroba, podczas której Tata potrzebował stałej opieki. Jej też już nikt nie zapłaci zmarła 22 stycznia 2007 r. Pozostaliśmy: Zosia, ja i Teresa, która urodziła się w 1951r.
My to wszystko pamiętamy i wyrażamy stanowczy sprzeciw niemieckiemu zakłamywaniu historii i robieniu z siebie ofiar rozpętanej przez nich wojny. My też ponieśliśmy konsekwencje tej niemieckiej, pięć i pół letniej okupacji. Zosia stres psychiczny przy boku mamy o los taty, a także głód i poniewierkę, ja będąc pod sercem mamy stres psychiczny związany z psychicznymi jej przeżyciami. Jaki my mamy Niemcom wystawić rachunek?

Wojna jest straszna nie życzyłbym przyszłym pokoleniom podobnych przeżyć. Jest też nauczycielką życia dla przyszłych pokoleń, aby pamiętały i przekazywały następnym pokoleniom przeżycia swoich rodziców, dziadów i pradziadów, którzy dla wolnej Ojczyzny wycierpieli tak wiele by Polska była wolna i niepodległa.

STEFAN  SIEK


Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •