Antoni Świtka

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  

Wspomnienia

Przejścia ,,Toporczyka’’ z Sieciechowa

Antoni Świtka

Antoni Świtka

Okres między wojenny do wybuchu II wojny światowej.

Urodziłem się 12 stycznia 1921 r. w Sieciechowie powiat Kozienice województwo Kielce pod wiejską strzechą. Przyszedłem na świat jako szóste dziecko w rodzinie Świtków. Ojciec mój Antoni Świtka urodzony w Sieciechowie w 1881 r. Matka Julianna Świtka z domu Niedzielska urodzona w 1887 r. Ojciec zmarł w 1929 r. ja miałem 8 lat a mój brat Bronek 5 lat. Zostaliśmy jako dzieci pół sierotami. Pochodzę z rodziny wielodzietnej ośmioro rodzeństwa tego dwoje zmarło jako niemowlęta. Pozostało nas sześcioro dzieci cztery siostry i dwóch chłopców. Pod koniec XIX w Sieciechowie istniała szkoła 3 klasowa gdzie ajencja szkolne odbywały się rano i po południu. Ojciec skończył 3 klasy a Matka 2 klasy. Radzili sobie w pisani i w czytaniu. Rodzice dysponowali gospodarstwem rolnym o łącznej powierzchni sześciu hektarów. Wtem było ziemia orna łąki i biele. Ziemia ta była bardzo rozdrobniona leżał w kilkunastu miejscach oddalonych od siebie nawet parę kilometrów. Było jeszcze pastwisko wspólne, które służyło do wypasania krów, koni. Pola posiadały różne nazwy ,,za wiatrakiem’’ ,,za olszyną’’ ,,w kaczym kątem’’ ,, placówki’’ itd. Plac na którym stał dom w raz z zabudowaniami był bardzo wąski. Stodoły stały rzędem stykając się ze sobą, za stodołami biegła droga z której jechało się do stodół. Na placu stał dom z bali drewnianych oszalowany kryty gontem dalej stał chlew spichrz piwnica, stajnia z oborą na końcu stodoła. Między domem a stajnią była studnia. Budynki gospodarcze kryte były słomą. Młocka zboża odbywała się przy pomocy dwóch par koni zaprzęgniętych do kieratu poruszającego młocarnię. Przy młócce potrzebnych było kilkorga ludzi, podający na maszynę wpuszczający odbierający o maszyny wiążący słomę w snopy i dwóch do poganiania koni. Zborze po omłóceni przepuszczało się przez młynek, który oddzielał plewy od zboża. Krowy codziennie wyganiano i przeganiano z pastwiska pastwisko leżało pod bielami. Biele to obszar staro dorzecza wiślanego mocno zabagniony, porośnięty olchą, która dostarcza mieszkańcom Sieciechowa drzewa na opał. Łącznie mieliśmy ziemię w 13 kawałkach. Ziemna przechodziła na wszystkie dzieci, które zamieszkiwały w Sieciechowie stąd to rozdrobnienie. Dom budowany był z bali drewnianych, gdyż Sieciechów jako wspólnota posiadał 183 hektary lasu sosnowego. Dom był szalowany podłogi a także sufit były z desek, strych ocieplany plewami. W kuchni stała kuchnia na cztery fajerek, połączona z piecem grzewczym, w którym znajdował się piec do wypieku chleba. Kuchni służyła do gotowana posiłków dla domowników a także w saganach o pojemności 15-20 litrów gotowano ziemniaki i buraki dla świń i krów. Rankiem po wydojeniu krów wyganiano je na pastwisko szerokim wygonem o długości 2 kilometrów. Każdy gospodarz posiadał konie krowy świnie, ilość była uzależniona od wielkości gospodarstwa. Chleb gospodyni piekła przeważnie raz w tygodniu, jeśli chleba zabrakło pożyczała od sąsiadki. Po upieczeniu zaraz sąsiadce zwracała. Przynajmniej dwa razy w roku zabijano świnię by mieć do spożycia mięso i tłuszcz. Przeważnie robiono to przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy jak również w czasie żniw. By mieć pożywny pokarm dla ciężko pracujących żniwiarzy. Dzieci już od pięciu lat musiały wykonywać pewne prace z wekiem tych prac przybywało. Od pilnowania młodszego rodzeństwa, do coraz bardziej odpowiedzialnych prac w gospodarstwie. A trakcje roku szkolnego chodzić do szkoły i odrabiać lekcje. Był taki rok, że nie mijałem książek musiałem pożyczać od kolegi. Po pracy przy żniwach czy wykopkach tak byłem zmęczony nie chciało się już jeść kolacji tylko spać, o odrabianiu lekcji nie było mowy. Miałem sporo opuszczonych dni, z trudem zaległości się nadrabiało Cała rodzina należała do bardzo pracowitych. Starsze siostry pomagały Mamie musiały zastąpić w pewnych pracach Tatę, który odszedł od nas. Ta pracowitość sprawiła, że podobało się to kawalerom. Najstarsza siostra Bronisława urodzona 1906 r. wyszła za mąż za drogomistrza Antoniego Stachurskiego z Sieciechowa. Druga siostra Maria urodzona 1908 r. wyszła za mąż za nauczyciela Juliana Świtkę Sieciechowa. Trzecia siostra Stanisława urodzona 1910 r. jako pomoc domowa ukończyła szkołę handlową Grudziądzu i jako dwudziestoletnia otworzyła sklep w Brodnicy. Czwarta siostra Jadwiga ur. 1914 r. została na gospodarstwie w Sieciechowie.

Antoni ur. 1921 r. uczęszczanie do siedmioklasowej Szkoły powszechnej rozpoczął naukę po siedmiu latach w 1928 r. Mama kupiła mi kajety w kratkę, linie i czysty, obsadkę ze stalówką, ołówek i gumkę. Książkę z kajetem nosiłem w ręku a obsadkę i ołówek pod pachą. W szkole na każdej ławce był kałamarz atramentem. Przy pisaniu maczało się stalówkę w kałamarzy. Uczono kaligrafii pamiętam litera a to kółeczko i laseczka u góry pogrubiana na dole cieńsza. Po sprawdzeniu dyktanda pani od reki sprawdzała pisząc cyfrę zrobionych błędów. Za każdy błąd dostawało się od pani w rękę piórnikiem uderzenie ,,tak zwane łapy’’. Do robót ręcznych każdy z chłopców musiał mieć scyzoryk. Na wiosnę, kiedy rozpoczęła się wegetacja przynoszono gałązki wierzby. Po opukaniu można było usunąć korę a gałęziom nadać pewne wycięcia z tego wychodziły juki fujarki lub trąby. Na przerwach na małym podwórku przy szkolnym dziewczęta grały w klasy, dla chłopców zostawała ulica przed szkołą. Pamiętam, że mijałem spodenki z klapą. Do lat trzydziestych nie było energii elektrycznej. Oświetlenie kuchni odbywało się za pomocą lampy naftowej z dużym kloszem ażeby uzyskać więcej światła. Lekcje odrabiało przynajmniej trzy osoby przy jednym stole. Na skutek napływu dzieci szkoła z czterema klasami nie spełniała zadania w nauczaniu, wynajmowano pomieszczenia w prywatnych domach. Do piątej klasy chodziłem w wynajętym pomieszczeniu u żyda nazwiskiem Szlama. Do tej samej klasy chodziła córka właściciela Bajle. Miałem zaszczyt być na weselu koleżanki. Oczywiście wesele w obrządku mojżeszowym. Orkiestra żydowska ,,Szmerki z Jyreny’’ zabawa według tradycji i zwyczaju mojżeszowego. Udział w obrządku żydowskim zrobił na mnie duże wrażenie, które zapadło w pamięci.

Płody rolne były bardzo tanie a wydajność zbóż bez nawozów sztucznych nie za wielka. Od połowy XIX. Zaistniała potrzeba budowy bitych dróg, sieciechowianie szybko opanowali zawód zwany brukarstwo. Poprzez ten zawód znani byli w całej Polsce prawie przez ponad sto lat. Praca ta wykonywana w sezonie letnim był bardzo ciężka, ale dobrze płatna. Część zarobku z brukarstwa przeznaczano na kształcenie dzieci. Do kształcenia dzieci wysyłano do Kozienic Radomia na studia do Lublina i Warszawy. Stąd naukę kończyli jako inżynierowie, technicy, oficerowie, nauczyciele księża a także wysoko kwalifikowani rzemieślnicy. Cała rodzina pomagała w wykształceniu, a po osiągnięciu celu jeden ciągnął drugiego. Do takich należę i ja.

Moja mama wdowa obarczona kilkoma dziećmi nie była stać na kształcenie nas. Tym bardziej ojciec chorował cztery lata w sumie zadłużając gospodarstwo. Siostry wzięły mój los w swoje ręce i tak to trwało do wybuchy drugiej wojny światowej. Siostra Stanisława po rozmowie z matką poprosiła abym jako brat u niej zamieszkał. Znalazłem się w Brodnicy dostając się od Warszawy statkiem rzecznym a dalej koleją. Tu rozpocząłem naukę jako uczeń szóstej klasy szkoły podstawowej. Koledzy Pomorzanie niechętnie mnie przyjęli, bo przyjechałem z Kongresówki przeżywając,, Antek tupnij nogą dam ci śledzia”. Jako trzynastolatek pomagałem siostrze w domu. Nawet z kilku rodzinami zaprzyjaźniliśmy się, siostra utrzymywała się z handlu. Po skończeniu szóstej klasy dostałem się do gimnazjum. W pierwszej klasie gimnazjalnej nie miałem kłopotu z nauką. A w drugiej na skutek braku nade mną kija dostałem się w środowisko prowadzące donikąd. Siostra Maria przyszła z pomocą zabrała mnie z Brodnicy do siebie, zamieszkałem w Wólce Tyrzyńskiej powiat Kozienice. Silna –twarda ręka siostry miała wpływ na zmianę, jaka dokonała się we mnie. Powtarzałem drugą klasę gimnazjum. W Brodnicy obowiązywał obok łaciny język niemiecki w Kozienicach obowiązywał język francuski. Miałem z tym trochę kłopotu, ale w sumie zdałem do następnej klasy. W gimnazjum w Kozienicach obowiązywała opłata tak zwane czesne w wysokości trzydziestu złotych miesięcznie. Dla matki wdowy obarczonej dziećmi to niebotyczna suma. Tu siostry przychodzą z pomocą i każda ile może daje na opłatę czesnego. Nie zapłacenie w terminie czesnego to wyrzucenie ucznia przez dyrektora ze szkoły. Stan taki wielokrotnie powtarzał się siostry wysupływały pieniądze a ja dalej mogłem uczestniczyć w lekcjach. Wólka Tyrzyńska leży w pradolinie Wisły jest to teren błotnisty. Droga-gościniec z Wólki Tyrzyńskiej do Starej Wsi była nieutwardzona. Długość tej drogi to około czterech kilometrów. Poruszanie się po tej drodze w okresie wiosny jak i jesieni nie należało do łatwych. Pod nogami błoto glina szczególnie po deszczu trudna do przebycia. Jako młodzieniec skakałem z kępy na kępę ciągle ochlapany błotem. Do szkoły nosiłem książki, zeszyty i przybory. Miałem teczkę szkolną niosłem ja w ręku nieraz się przewróciłem brudząc ubranie. Przed Starą Wsią każdorazowo myłem kamasze, bo tylko w kamaszach możliwe było poruszanie się po tej drodze, chociaż i do kamaszy dostawała się woda i błoto. Ze Starej Wsi do Kozienic była droga bita. Po skończonych lekcjach każdego dnia kupowałem duży okrągły chleb o znacznej wadze. Teczka była niewielka niepakowna, chleb musiałem nieść pod pachą. Droga stawała się trudniejsza, ale trzeba było wrócić do domu. Poza tym dwa razy w tygodniu w jatkach kozienickich kupowałem mięso wołowe i to trzeba było spakować do teczki i nieść do domu. Czasami wracając po lekcjach udało się podjechać chłopską furmanką do domu. Nawet rowerem nie można było się poruszać po tej drodze. Po wyjęciu z teczki zakupów książki i zeszyty ulegały deformacji i pobrudzeniu. Taki stan ujemnie wpływał na ocenę ucznia. Siostra stwarzała jak najlepsze warunki do nauki, bo należałem do słabszych uczniów. Często zasypiałem przy książce, budziła i słyszałem „ucz się” a nawet otrzymywałem szturchańce. W sobotę po skończonych lekcjach szwagier Julian Świtka pożyczał mi swój rower, którym udawałem się do wału przeciw powodziowego biegnącego wzdłuż rzeki Wisły i wałem przez Samwodzie, Mozolice do Łojów a stąd niedaleko już do Sieciechowa. Zawsze zabierałem ze sobą książkę, ale nie wiele czasu poświęcałem nauce. Ja byłem zainteresowany dziewczynami i z nimi spędzałem wolny czas. Wieczorem w niedzielę tą samą drogą jechałem do Wólki Tyrzyńskiej. Na bagażniku wiozłem mąkę, fasolę, chleb, słoninę, masło, ser. Od poniedziałku ponownie uczęszczałem do szkoły. Uczniowie z gimnazjum żyli w przyjaźni. Na zakończenie roku przecinano czapkę uczniowską i zawsze znalazła się koleżanka, która kolorowymi nićmi zszywała przecięcie. Taki zwyczaj panował w naszej szkole, kiedy zdało się do następnej klasy. W okresie egzaminów w 1939 roku siostra budziła mnie bardzo rano, aby przed lekcjami powtórzyć przerobiony materiał. Taki sposób nauki dawał rezultaty, bo po dobrym śnie szybciej przychodzi pamięć. Przez cały mój dwuletni pobyt w Wólce Tyrzyńskiej budowano szkołę powszechną z cegły palonej. Inwestorem budowy był Julian Świtka gdyż dotychczasowe klasy lekcyjne znajdowały się w domach prywatnych.

Jóljan Świtka Kierownik szkoły w Wólce Tyrzyńckiej

Julian Świtka Kierownik szkoły w Wólce Tyrzyńskiej

Jak na możliwości niewielkiej wsi przedsięwzięcie było ogromne, ale towarzyszył temu wielki zapał mieszkańców a także zaangażowanie Urzędu Gminy. Na mieszkańców nałożono szarwark. Polacy wywiązywali się z obowiązków nałożonych na nich, koloniści niemieccy nie chętnie angażowali się przy budowie szkoły. Mieszkanie kierownika szkoły było praktycznie biurem. Ja spałem i uczyłem się w kuchni wiele słyszałem rozmów z narad budowy szkoły. Ale pamiętam nie wiele, zapamiętałem kilka nazwisk: Lenarczyk, Janeczek, Król, Sapiaszka, Pawelec, Duszka.

Okres II wojny światowej.

Od chwili dojścia Hitlera do władzy agresywność kolonistów wzrastała z każdym rokiem a tym bardziej potęgowała się tuż przed wybuchem wojny. Dnia 1 września miał się rozpocząć rok szkolny, lecz wybuchła wojna i nie poszliśmy do szkoły. W chwili wkroczenia Niemców na teren powiatu kozienickiego osadnicy niemieccy zamieszkujący powiśle wpisują się na volksdeutsche i oficjalnie rozpoczynają współpracę z okupantem. Podczas wakacji 1939 r. przygotowałem książki do dalszej nauki w gimnazjum a tu wybuch II wojny światowej. Podczas trwania wojny wszystkie szkoły w Polsce zostały zamknięte. Niemcy przez kilka lat przygotowywali się do wojny mając wielką przewagę w liczebności wojska – 2,8 mln, w sprzęcie na lądzie, morzu i lotnictwie. W pierwszych dniach wojny polskie radio nadawało komunikaty do młodzieży, aby udawali się na prawy brzeg Wisły, w celu werbunku do obrony. Ja miałem 18 lat, a brat Bronisław – 15. Postanowiliśmy bronić ojczyzny wspólnie z bratem, więc przekonaliśmy matkę, aby dała nam błogosławieństwo na drogę. Mama długo wysłuchiwała nas aż w końcu wyraziła zgodę, pozostając sama na gospodarstwie 6-cio hektarowym. Każdy z nas otrzymał duży bochen chleba i połeć słoniny na drogę, bo trzeba było mieć ze sobą żywność na 3 dni. Matka podała nam adres do kuzynów zamieszkałych na Lubelszczyźnie. Wyszliśmy z domu 4 września rano. Kierując się na most kołowy w Zajezierzu, po czym wybraliśmy kierunek Puławy. Miasto było już po bombardowaniu, ale opanowane przez wojska polskie. Zgłosiliśmy się u dowódcy obrony, był w randze majora, p[rosząc o wcielenie nas do jednostki obrony. Major popatrzył na nas, zapytał skąd jesteśmy i w której to klasie i po ile lat mamy. Na każde pytanie odpowiedzieliśmy stojąc na baczność. Powiedział: „spocznij, wojska mamy dosyć, a wy dzieciaki do szkoły”. Zatem odmówił przyjęcia. Po odmowie majora dotarliśmy do kuzynów i tam przebywaliśmy przez 3 dni, śledząc sytuację frontową. Sytuacja ciągle pogarszała się, więc postanowiliśmy wracać do domu. Porozumieliśmy się z rybakiem na Wiśle i ten w nocy przewiózł nas łódką na drugi brzeg koło Gniewoszowa. Po kilku godzinach dotarliśmy bezpiecznie do domu. Matka ujrzawszy przybyszów z pustymi plecakami przywitała nas ciesząc się z przybycia synów. Na gospodarstwie rolnym kilku hektarowym trzeba rąk do pracy, więc postanowiliśmy zostać w domu i wspólnie pracować. Wiek 15-to i 18-to letni to czas na naukę, przygotowanie się w szkole do dorosłego życia. We wrześniu – okresie wojny – szkoły były nieczynne. Wobec czego trzeba było czekać na otwarcie.

Niemieckie wojsko w Sieciechowie na rynku

Niemieckie wojsko w Sieciechowie na rynku

Gospodarstwo rolne dawało możliwość wyżywienia nie tylko rodziny, ale i innych zamieszkałych w miastach. Już w II połowie września do gminy Sieciechów zaczęli napływać Polacy z poznańskiego i pomorskiego, którzy zostali przymusowo wysiedleni do Generalnej Guberni. Trzeba było z miejsca przyjść im z pomocą, bo wszystko musieli zostawić w domu i przyjechać z walizką. Gmina stała się ich ostoją. Tu osiedli w domach gospodarskich, gdyż gospodarze samorzutnie przyszli im z pomocą. Każdy gospodarz mający produkty żywnościowe spieszył z oddaniem żywności nowo przybyłym. A w sumie w Sieciechowie było 200 gospodarzy – rolników. Nikt spoza rolników im nie pomagał. Każdy prowadzący gospodarstwo został obłożony przez okupanta kontyngentem – dostawą zboża, ziemniaków, żywcem, w określonych wysokościach. Niewykonanie karane było śmiercią. Kontyngent składano w powiecie. Zapłatę za dostawę płodów rolnych i żywca była wódka i artykuły rzeczowe, oczywiście w nieporównywalnych cenach rynkowych.

Często przyjeżdżała do gminy niemiecka żandarmeria wojskowa, jak też i gestapo, sprawdzając dostawy płodów rolnych oraz innych zarządzeń oraz donosów. Uboju trzody chlewnej nie można było realizować. Każda sztuka krów i świń była kolczykowana i poza oddawaniem na kontyngent nie można było jej przeznaczać do uboju. Przemiał zboża na mąkę też był ograniczony. Każdy rolnik posiadał kartę przemiału ,,Mehekarte” w wyliczonej ilości. Radia trzeba było oddać. Słuchanie radia zwykle BBC z Londynu w języku polskim zwykle karane było śmiercią.

Część wysiedlonych z Poznania znało dobrze język niemiecki. Pracowali na poczcie jako tłumacze, ostrzegali miejscowych, bo Niemcy stali się nadludźmi i w większości na obwieszczeniach widniała kara śmierci za niewykonanie zarządzenia. Przybysze z miejsca zorganizowali się nie tylko z poznańskiego, ale również i wschodnich terenów Polski.

Do naszego domu zawitał bliski kuzyn Stanisław Świtka, były nauczyciel w Sieciechowie, a w Poznaniu piastował wysokie stanowisko państwowe. Akcję pomocy utrwalała się i tak zostało aż do wysiedlenia we wrześniu 1944 r.

Pod koniec 1939 r. rozpoczęto naukę w szkołach podstawowych i zawodowych. Oczywiście historii nie było, jedynie przedmioty związane z zawodem. Wszystkie uczelnie akademickie jak też i gimnazja zamknięto. Mimo braku gimnazjum wiele młodzieży zdecydowało się na naukę na „kompletach” prowadzonych głównie przez profesorów i nauczycieli okresu międzywojennego. Jeżeli ktoś doniósł o komplecie nauki, to nie tylko profesorów, ale i uczniów wywożono do obozów koncentracyjnych, skąd w większości nie powracali do domów.

Dowiedziałem się, że w Radomiu urządzona została szkoła techniczna pod nazwą Państwowa Szkoła Przemysłowa. Postanowiłem skorzystać i rozpocząłem naukę w 1941 r. specjalizacja; budownictwo nadziemne. Zarówno wykładowcy – inżynierowie, jak i uczniowie to Polacy. Dyrektorem szkoły był Niemiec a wśród kolegów było kilku Volksdeutsch. Oczywiście historii i języka polskiego nie było w programie szkoły – prowizoryczne klasy też żadnego wyposażenia o charakterze tymczasowym, ale chęć do nauki przeogromna, bo nauka daje postęp, przybliża poznanie wielu dziedzin życia powszechnego. Żadnych lekcji praktycznych związanych z zawodem nie było prowadzonych. Obowiązkowy był język niemiecki. Trzeba było być bardzo ostrożnym w wypowiedziach zarówno w szkole jak i poza szkołą. Aresztowano wykładowcę – inżyniera architekta Bułakowski, ale po 2 tygodniach wrócił do szkoły. Dokumenty urzędowe pisano w 2 językach – niemieckim i polskim. Atmosfera wśród kolegów dość luźna, ale zawsze zachowywano ostrożność, a to się brało stąd, że znakomita większość kolegów działała w konspiracji. Kilku kolegów brało udział w walkach. Jeden z kolegów – Franek, zginął podczas akcji. Stołówek zbiorowych nie było, ale w domu prywatnym kilkunastu uczniów stołowało się. W większości to dojeżdżający, którzy zaopatrywali miejsce stołowania w produkty rolno-spożywcze. Każde miasto cierpiało na braki żywności i niedożywianie stąd uczniowie przychodzili z pomocą w zaopatrzenie. Jedynie pracujący dostawali kartki na żywność i to porcje głodowe. Na stancji u państwa Grabowskich w Radomiu za mieszkanie płaciłem słoniną i pszenną mąką. Tylko raz w roku urządzaliśmy prywatkę i to wśród znajomych przy użyciu patefonu i przy lampce wina do godziny policyjnej. W Radomiu na stacji kolejowej, każdy przyjeżdżający pociąg sprawdzała żandarmeria wojskowa. Każda wynoszona przez pasażera paczka była sprawdzana. Jeżeli nie miała dowodu zezwalającego na przewóz żandarmeria konfiskowała, a często zabierała ze sobą przewożącego wraz z paczką. Miasto czekało na dostawę żywności. Pasażerowie pociągu bronili się wysiadając na stacji przed Radomiem. Maszynista zatrzymywał w polu pociąg, aby można było wysiąść z paczkami. Przez jakiś czas zatrzymałem się u siostry Bronisławy Stachurskiej. Na każdą niedzielę jechałem do domu po prowiant, już nie tylko dla siebie, ale też rodziny kolegów, a dwukrotnie wchodziłem do getta z paczkami żywnościowymi. Raz zatrzymała mnie granatowa policja. Zaprowadzili na posterunek, wylegitymowali, dużą część zabrali, kopniaka dali i wyrzucili. Byłem szczęśliwy, że na tym się skończyło. Do miejsca zamieszkania ulica Mleczna przychodził w tygodniu podchorąży, gdyż zostałem przyjęty do podchorążówki. Przez 4 miesięcy wykłady na temat konspiracji i walki z najeźdźcą. Powiadomiono mnie, że była wsypa i aresztowania. Kontakt się urwał.

Po ukończeniu szkoły każdy absolwent otrzymał dyplom technika budowlanego budownictwa nadziemnego. Do tej szkoły uczęszczali Jan Stachurski „Szczuka”, Julian Niedzielski, Mieczysław Świtka, Józef Kowalczyk, Aleksander Pułka, Stanisław Waga. A miało to miejsce w Radomiu 23 czerwca 1944 r. Dyplom ten w wypadku rozpoczęcia studiów musiał być weryfikowany z takich przedmiotów jak język polski, historia, polska współczesna socjalistyczna.

W Sieciechowie u Stachurskich w pryzmie cegły na placu była radiostacja łączności z BBC. Obsługę stanowili Strzeleccy Stefan i Marian, Stachurski Jan, Furgo Marian i inni. Nawiązano łączność dotyczącą zrzutu – kosza i po długim przygotowaniu piloci polscy dokonali zrzutu na teren Placówki nr 7 AK w Sieciechowie. Piloci znali ten teren, bo byli szkoleni w szkole w Dęblinie. Miało to miejsce w kwietniu 1944 r., kilka kilometrów od lotniska w Dęblinie, na łąkach zwane „Niwki” obok wsi Łoje. Odbioru zrzutu – kilku skrzyń i zasobników dokonała miejscowa placówka AK nr 7 w Sieciechowie.

Front stanął na Wiśle. Sieciechowianie zostali zmuszeni do opuszczenia swoich gospodarstw. Wysiedleni mogli zabrać ze sobą inwentarz żywy oraz zboże, mąkę, ziemniaki i pościel na furmankę chłopską. Meble, urządzenia, sprzęt gospodarczy i cały swój dobytek pozostawili na pastwę losu. Wysiedlenie trwało od 3 września 1944 r. do 15 stycznia 1945 r., a więc 5 miesięcy okresu jesienno-zimowego. Przez wysiedlenie ponieśli olbrzymie straty, nie tylko materialne, ale i ludzkie. Ludzie wysiedleni nie mieli gdzie się podziać, próbowali w stogach słomy, siana i szałasach budowanych w lesie przetrwać wysiedlenie. Ostra jesień i zima wygnała ich z szałasów i stogów, więc sąsiednie wsie: Garbatka, Molendy, Zawada, przyjęli ich gościnnie. Inwentarz żywy z braku paszy, po części trzeba było likwidować. Meble domowe, urządzenia, sprzęty, jak i też narzędzia rolne pozostały, albo stały się pastwą złodziei. Nawet wyrywano okna, drzwi z mieszkań wnosząc spustoszenie i ruinę domostwa. W moim domu rozebrano spichlerz wykonany z bali, sporządzony grubości 16 cm i wywieziono w nieznanym kierunku. W stodole składowane snopy zboża i siana też znikły. Na podwórku Juliana Stachurskiego – męża mojej siostry Stanisławy – składował wagon bali i desek sosnowych, nic nie pozostało. Podobne ubytki, kradzieże i zniszczenia występowały u innych gospodarzy w miejscowościach usytuowanych wzdłuż nurtu rzeki Wisły.

Komendanturę wojskową umieszczono w budynku murowanym u państwa Sobieszków tuż przy moście drewnianym relacji Opactwo – Sieciechów. W nowo wybudowanej murowanej piętrowej szkole, oddanej do użytku w 1937 r., biwakował wermacht. Front wschodni ruszył 15 stycznia 1945 r. Wysiedleni mieszkańcy Sieciechowa powrócili do Sieciechowa 16 stycznia tegoż roku, zastając spustoszone i ogołocone domy.

                                                                                                                                                                                                                Antoni Świtka

 


Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  

Jeden komentarz do Antoni Świtka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *